Rozmowa Izabeli Szymańskiej z Martą Keil i Grzegorzem Reske, kuratorami Konfrontacji Teatralnych.
Co jest Grane – dodatek do Gazety Wyborczej. 2016-09-15

Czy mówiąc o teatrze można mówić o zmianach, problemach i niepokojach współczesności? Rozpoczynająca się 6 października 21. edycja Konfrontacji Teatralnych w Lublinie ma udowodnić, że tak.

Izabela Szymańska: W głównym nurcie tegorocznej edycji festiwalu pokażecie spektakle o teatrze. Nie boicie się, że to zbyt hermetyczny temat?

Marta Keil: Przeciwnie: młodzi artyści szukają nowej formy, by znaleźć inny, może bardziej uczciwy sposób komunikacji z widzem. Twórcy spektakli, które układają się w nurt nazwany przez nas „Autonomia/Instytucja/Demokracja”, dotykają zupełnie podstawowego pytania o to, jaką rolę, odpowiedzialność, zadania ma dzisiaj teatr, w jakich warunkach powstaje i jaka jest w nim funkcja publiczności.

Nie pokazują demokracji na scenie, ale ją testują we własnych metodach pracy. Sprawdzają zasady produkcji sztuki, pytają o skuteczność i moc politycznego teatru, jednocześnie walcząc o własną autonomię.

W naszym przekonaniu prace, m.in.: Anny Smolar, Weroniki Szczawińskiej, Anny Karasińskiej, Agnieszki Jakimiak, Magdy Szpecht, Agaty Siniarskiej, Janka Turkowskiego i Komuny Warszawa, tworzą nowy polski teatr polityczny – o nim chcielibyśmy w tym roku porozmawiać.

Grzegorz Reske: A do tego to bez wyjątku świetnie zrobione i zabawne przedstawienia.

M.K.: Joanna Krakowska w tekście napisanym dla festiwalu zastanawia się, na ile autotematyczny nurt w teatrze wynika z wyczerpywania się dotychczasowego modelu teatru politycznego, a na ile artyści mówią o przestrzeni, w której pracują, bo na inne mają coraz bardziej ograniczony wpływ.

G.R.: Ja bym nawet przedstawił to w ciemniejszych barwach.

Krystian Lupa w wywiadzie dla „Wyborczej” przyznał, że artyści, włącznie z nim, nie mają języka do opisania pogarszającej się rzeczywistości: jesteśmy, już od dekady, w pełzającym kryzysie ekonomicznym, bezpieczeństwo światowe jest na poziomie bez precedensu od czasów wojny światowej, a w Polsce dodatkowo mamy społeczeństwo podzielone niemal równo na pół.

W tym wszystkim zanikł głos twórców, intelektualistów, którzy przez dziesięciolecia byli ważnym partnerem w debacie publicznej. Czy można do tego wrócić? Autotematyczność nie jest duszeniem się we własnym sosie, tylko próbą wyjścia do publiczności i zastanowienia się, po co tu jesteśmy. A przy tym pokazujemy też wałbrzyski spektakl „Schubert. Romantyczna kompozycja na dwunastu wykonawców i kwartet smyczkowy”, który wchodzi w wyjątkowo głęboki dialog pomiędzy artystą i widzem, angażując amatorów i sytuując ich na równi z aktorami.

To jest jeden z nielicznych spektakli w polskim teatrze, w którym postać amatora na scenie została potraktowana podmiotowo.

Spektakle zagraniczne podejmują już inne tematy.

M.K.: Ale wszystkie są efektem poszukiwania nowego języka teatralnego, czy to w relacji z publicznością, czy z nowymi mediami. Dwa z nich: „War and Peace” („Wojna i pokój”) oraz „Birdie” to nasze koprodukcje, a więc konsekwencja dotychczasowej pracy festiwalu. Gob Squad w „War and Peace”, wychodząc od powieści Lwa Tołstoja, próbuje opowiedzieć o podziałach we współczesnym społeczeństwie. Z kolei Agrupación Senor Serrano, katalońska grupa, która dostała w ubiegłym roku Srebrnego Niedźwiedzia na Biennale w Wenecji za stworzenie nowego języka teatralnego, pokaże dwa spektakle. W „A House in Asia”, dotyczącym egzekucji Osamy ben Ladena, artyści pokazują, jak obraz, wizerunek danego wydarzenia zastępuje informację, z kolei w „Birdie” opowiadają o tym, jak docierają do nas informacje o uchodźcach i jaki obraz rzeczywistości kreują.

G.R.: Z kolei w „Time’s Journey Through a Room” Toshiki Okada opisuje rozpadające się społeczeństwo japońskie, brak umiejętności porozumiewania się, wejścia w skomplikowane relacje. Teatrolodzy i literaturoznawcy porównują go do dramatopisarzy antycznej Grecji, ten największy teatr pojawił się przecież, kiedy cywilizacja grecka chyliła się ku upadkowi. Okada ma wielką umiejętność stawiania diagnoz, a do tego wspaniałych aktorów.

„Plac Bohaterów”, litewski spektakl Krystiana Lupy, zobaczymy na koniec?

G.R.: Od kilku lat staramy się, by ostatni spektakl był ukłonem w stronę ważnej postaci światowego teatru. Był już Heiner Goebbels, Jan Lauwers z zespołem Needcompany. Zależy nam, żeby to były postaci pojawiające się w Lublinie po raz pierwszy – tak jest też z Krystianem Lupą, który w Lublinie był bodaj w latach 70., ale nigdy ze spektaklem.

W programie widziałam też projekty muzyczne.

G.R.: Tak, są silnie powiązane z teatrem. W projekcie Shy Albatros zobaczymy artystów, którzy współpracowali z Pawłem Passinim i neTTheatre. Marcin Dymiter zagra kompozycje do spektaklu Ludomira Franczaka „Życie i śmierć Janiny Węgrzynowskiej”; przy okazji wydajemy kasetę z muzyką z tego przedstawienia.

M.K.: A trzecia muzyczna propozycja to „Róża” Agnieszki Jakimiak, z muzyką Krzysztofa Kaliskiego – spektakl/koncert przywołujący niesłusznie zapomnianą postać Róży Luksemburg.

G.R.: Wokalistką jest tutaj Jaśmina Polak, wyjątkowa aktorka Narodowego Starego Teatru; na festiwalu pokażemy też „Delfin, który mnie kochał”, w którym występuje.

Gdzie pokazujecie spektakle?

M.K.: W odległości 15 minut spacerem: Centrum Kultury, Galeria Labirynt i Centrum Spotkań Kultur.

G.R.: Dzięki CSK pojawiła się w Lublinie infrastruktura, która zdejmuje nam limity techniczne, jesteśmy w stanie ściągnąć i pokazać w komfortowych warunkach praktycznie każdą produkcję. Już teraz myślimy o tym, kto pojawi się tu w przyszłym roku.