Polskie rymowanki to tekst krążący wokół dobrze nam znanych rodzinnych ceremonii. Bohaterowie spotykają się na komuniach, weselach i urodzinach. W przestrzenie celebracji wkradają się wspomnienia, uruchamiają tematy, o których nigdy nie chcielibyśmy dyskutować nad przysłowiowym rosołem. To wszystko podane w rytmie rapu. Tak snuje się to niepokojące flow.

Sztuka znalazła się w finale Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej w 2019 roku.

***

„Po chuj na tę komunię
Po chuj tam jedziesz?”

Tak zaczyna się zakwalifikowana do finału Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej sztuka Andrzeja Błażewicza Polskie rymowanki albo ceremonie. Na początku spektaklu chłopak, student krakowskiej reżyserii jedzie pociągiem do Warszawy na komunię córki wujostwa, siedzi w kościele na uroczystości, podwożą go samochodem na domową imprezę, gada z własnymi rodzicami, z kuzynami, ze spotkanym w drodze do łazienki stryjem. Potem całą rodziną pakują się do auta na wyprawę gdzieś pod Sanok, na 90. urodziny ciotki, bohater chce z nią porozmawiać o wojnie, o tym, co pamięta z tego, co się zdarzyło, nagrać ją, stworzyć opowieść założycielską.

Błażewicz w swojej sztuce konstruuje quasi-prywatny monolog, który wchłania w siebie wszystkie głosy otoczenia, można go rozpisać na dowolną liczbę osób. Chce być poezją, ale poezją niższą, łatwą, uproszczoną po to, by złapać najważniejsze emocje i skojarzenia. Sztukę Błażewicza najlepiej czytać sobie głośno, jak Pawia królowej Doroty Masłowskiej albo Tlen Iwana Wyrypajewa. Wystukiwać ręką rytm na kolanie, podśpiewywać i mruczeć. Niech nas ten tekst niesie. Niech sam się w nas skanduje jak monologi z rapowych kawałków. Już na samym początku autor daje podpowiedź, co brzmi w środku, do jakich podkładów muzycznych napisał tekst. W Polskich rymowankach rozbrzmiewa Taco Hemingway. Błażewicz podzielił monolog bohatera na 10 odsłon, 10 piosenek-nawijek. Wszystko, co słyszymy, może być zaśpiewane, melorecytowane, wymamrotane z prędkością karabinu maszynowego. 

W Gdyni podczas finału GND za czytanie Polskich rymowanek odpowiadała młoda reżyserka Ewa Rucińska. Istnieje kategoria przedstawień, które biorą się dosłownie z niczego. Powstają po dwóch dniach prób, z marszu, z nauczonego na szybko tekstu, z fundamentalnej sytuacji scenicznej, złapanej w błysku intuicji formy otwartej, a jednak skończonej. I tak właśnie zdarzyło się z tym czytaniem. Powstał spektakl. Jakub Sasak wcielił się w bohatera sztuki Błażewicza, Rucińska dodała mu sześcioosobowy chór aktorów z Teatru im. Gombrowicza, odebrała część słów narratorowi, rozpisała mikroscenki. Chciała wyhamowania rytmu, tworzyła pauzy na spotkanie z drugim człowiekiem. Gdyńscy aktorzy (Olga Barbara Długońska, Marta Kadłub, Dorota Lulka, Szymon Sędrowski, Maciej Sykała, Maciej Wizner) odzyskują podmiotowość dla członków rodziny narratora, ale niezwykła to podmiotowość, gadają mu przecież za plecami, rozłożeni jak figury na płaskorzeźbie. Są żywym teledyskiem, gestyczną tautologią działań do tekstu bohatera. Czasem wokalnym chórkiem, czasem grupą taneczną albo tłumem wielbicieli. Podają sobie z rąk do rąk rekwizyty. 

Jakub Sasak przygotował sobie beaty do każdego z monologów. Słyszymy je stale z offu, muzyka kołysze widzami, wchodzi między frontmana i resztę aktorów. I Sasak naprawdę cały wibruje od słów, surfuje na rytmach, kołyszą go rymy, gadki Błażewicza przyklejają mu usta do mikrofonu. Sztuka krakowskiego reżysera zostaje tym samym zaanektowana przez żywioł muzyczny, tyrady, monologi, spowiedź bohatera, która staje się częścią koncertu, popisem sprawności językowej, szybkością szukania rymu i puenty. Rymowanki można wtedy czytać albo raczej słuchać jak hip-hopowy concept album Taco Hemingwaya lub Bartosza Fisza Waglewskiego. Autotematyzm i autoanaliza mieszczą się dobrze w konwencji rapowych opowieści o sobie samym, nieustannym przedstawianiu się słuchaczom, projektowaniu swoich przeżyć na ich przeżycia. 

„Wypluwam wciąż słowa
Jak wyrzygam to rozgrzebię i patrzę co chowam
W trzewiach zagnieżdżone latami zgniecione
Ale okazuje się, że jednak niezałatwione
Mam trupy w szafie tego jestem już pewien”

Łukasz Drewniak, współkurator Konfrontacji Teatralnych 

***

Ewa Rucińska
Absolwentka Wydziału Aktorstwa Dramatycznego w Cours Florent i INALCO w Paryżu, studentka Wydziału Reżyserii krakowskiej Akademii Sztuk Teatralnych im. S. Wyspiańskiego. We Francji aktorka licznych zespołów teatralnych, a od 2013 r. także reżyserka. Jest współzałożycielką i dyrektorem artystycznym zespołu Compagnie INTER. Ma na swoim koncie współpracę z teatrami Ménilmontant, Folie, Aktéon, Manufacture des Abbesses, Funambule Essaion, Instytutem Polskim w Paryżu czy Festiwalem OFF w Awinionie. W Polsce współpracuje m.in. z Operą Narodową w Warszawie jako asystentka Mariusza Trelińskiego. Jej polskim debiutem reżyserskim jest Świętoszek (Teatr im. S. Żeromskiego w Kielcach). 

Ewa Rucińska jest laureatką nagrody Jacques 2013 za najlepszy debiut reżyserski za spektakl Bac à sable oraz nagrody P’tit Molière za drugi spektakl Le jeu de l’amour et du hasard