Po Europie krąży widmo – widmo kolonializmu. Wszystkie potęgi świata zgromadziły się w Wiedniu, by podzielić między siebie Afrykę. Z inicjatywy „Żelaznego Kanclerza”, Otto von Bismarcka, na przełomie roku 1884 i 1885 w Pałacu Kanclerza Rzeszy odbyła się konferencja berlińska. To tutaj, przy zielonym stole, wyznaczono granice kontynentu afrykańskiego, które w przeważającej części nie zmieniły się do dzisiaj (tzw. granice berlińskie). I choć tutaj, w kraju to wydarzenie traktuje się jak przypis do historii dyplomacji, to w krajach, których dotyczyło ono w sposób bezpośredni, jest postrzegane jako dramatyczny punkt zwrotny w ponad pięćsetletniej historii kolonializmu. Rozpoczął się nowy etap „Wyścigu o Afrykę”, a obce mocarstwa przejęły władzę nad niemal całym kontynentem. Ta data wyznacza także początek Kolonialnej Rzeszy Niemieckiej i Belgijskiej: Kamerun, Togo, Namibia (Niemiecka Afryka Południowo-Zachodnia), Tanzania, Burundi i Rwanda (Niemiecka Afryka Wschodnia) były częścią Cesarstwa przez trzydzieści lat, a belgijski król Leopold II otrzymał na własność całą Kotlinę Kongo. Nastąpiło bezwzględne plądrowanie zasobów, grabież ziem oraz uprowadzenia, roboty przymusowe oraz niechlubne ludobójstwo kongijskie (okaleczenia, przede wszystkim obcięte ręce). W Niemieckiej Afryce Południowo-Zachodniej w latach 1904–1908 panowała wojna kolonialna: niszczycielska kampania niemieckich Schutztruppe wymierzona w powstańcze plemiona Herero i Namaqua, która przeszła do historii jako pierwsze ludobójstwo XX wieku. W Swakopmund stworzono pierwszy „Obóz koncentracyjny” (już wtedy funkcjonujący pod tą nazwą), w którym przeprowadzano eksperymenty na ludziach, a tysiące internowanych umarło z głodu i wyziębienia.

W berlińskiej klinice Charité do dziś przechowuje się czaszki pomordowanych, a tak zwany Afrika-Stein na cmentarzu garnizonowym Columbiadamm upamiętnia ofiary niemieckich Schutztruppe. Niemiecki kolonializm jest jednak starszy niż Niemcy, a nawet starszy niż Prusy, a jego początki sięgają do Wielkiego Elektora Brandenburgii, który dwieście lat przed konferencją w Berlinie na Złotym Wybrzeżu dzisiejszej Ghany kazał wybudować twierdzę Großfriedrichsburg i zgadzał się przy tym na handel niewolnikami.

Z tego czasu pochodzi także określenie „Mohrenstraße” (ulica Murzynów lub Maurów), które od upadku muru berlińskiego stało się także nazwą stacji metra. Znajduje się ona tuż przy Wilhelmstraße 77, gdzie miała miejsce konferencja berlińska. Stacja upamiętnia tak zwanych „Mohrensklaven” (murzyńskich niewolników), którzy przymusowo służyli w pruskiej armii albo w tak zwanych „Hofmohren” (Murzynów dworskich), którzy służyli między innymi w Zamku miejskim w Berlinie. Odbudowa Zamku i zaplanowane utworzenie „Humboldt-Forum”, w którym miały zostać zgromadzone pozaeuropejskie zbiory berlińskich muzeów – te dwa wydarzenia sprawiły, że temat kolonializmu niemieckiego powrócił w historyczne serce Berlina. Różne organizacje obywatelskie i organizacje pozarządowe podjęły próby wprowadzenia moratorium i wymusiły dyskusję dotyczącą oddania dóbr kultury zrabowanych z dawnych kolonii.

We współpracy z twórcami Afroniemieckimi i Afrobelgijskimi, grupa andcompany&Co. postanowiła zagłębić się w tę historię i umiejscowić ją we współczesnym Berlinie. Obecnie, niemal sto lat po zakończeniu panowania niemieckiego terroru nadal można tutaj odnaleźć ślady kolonialnego widma: na osiedlu ogródków działkowych pod nazwą „Dauerkolonie Togo e.V.”, w nazwie kilku szlaków drogowych czy nazwie dzielnicy. W Wedding około roku 1900 powstała tak zwana Afrikanische Viertel (Dzielnica Afrykańska), która do dziś upamiętnia kolonialnych agresorów, takich jak sprzedawca-oszust Adolph „Lugenfritz”, brutalny moderca Carl „Hänge” Peters czy ówczesny Komisarz Rzeszy, Gustav Nachtigal, jak gdyby byli twórcami niemieckiego kolonializmu.

Afrykańska społeczność Berlina od lat domaga się zmiany nazwy tych ulic. Mimo to, zamiast zwiększającej się świadomości historycznej, dotyczącej kolonialnych zbrodni, mamy dziś, jak się zdaje, do czynienia z nieustanną egzotyczną fascynacją „Afryką”: miejsca, takie jak restauracja „Kamerum Lodge” czy popularność afrykanizowanych akcesoriów imprezowych przywołują na myśl dawną fascynację koloniami. Jednocześnie w rozumieniu rasistowskich elementów codzienności brakuje odwołania do kolonialnej przeszłości. Niemiecki teatr uświadomił sobie te kwestie dopiero dzięki interwencji działaczy i dzięki debacie dotyczącej teatralnej charakteryzacji typu „Black face”. Burzę wywołał wówczas plakat do przedstawienia „Ich bin nich Rappaport” w teatrze Didiego (Dietera) Hallervordena, który przedstawiał głównego bohatera z twarzą pomalowaną na czarno. Kwestia była szeroko komentowana w prasie i dyskutowano o niej zawzięcie na forach internetowych, takich jak „nachtkritik”. To właśnie wtedy zaczęły powstawać organizacje takie jak „Bühnenwatch”, która później interweniowała także w związku z jednym przedstawieniem Deutsches Theater.

Rok później nastąpiła publiczna debata w związku z rasistowskimi stereotypami
w książkach dla dzieci. Dziennik „Tagesspiel” opublikował wtedy artykuł Simone Dede Ayivi, w którym autorka przedstawiła swoją opinię w tej kwestii. Należąca do afroniemieckiej grupy teatralnej Label Noir Dela Dabulamanzi już od lat działa na rzecz zwiększenia wrażliwości białej większości społeczeństwa. Natomiast ostatnio, urodzony w Ghanie belgijski twórca teatralny Gorges Ocloo zaprezentował kilkudniowy performace-instalację pod tytułem „Dörfer der Welt”, w trakcie której dokonał scenicznej kolonizacji krowy.

W zeszłym roku, w ramach międzynarodowego projektu „The World is not fair” [gra słów: „Świat nie jest sprawiedliwy” oraz „Świat nie jest targiem”, tj. nie jest na sprzedaż – przyp. tłum.] na Tempelhofer Feld grupa andcompany&Co. w czasie swojego występu powołała do życia „World Freud Centre” [gra słów nawiązująca do World Trade Center]. W ten sposób odniosła się do różnych aspektów kolonizacji przez pryzmat teorii Freuda i w odniesieniu do handlu międzynarodowego. W przyszłym roku w projekcie zatytułowanym „Orpheus in der Oberwelt: eine Schlepperoper” poruszą temat uchodźców próbujących dostać się do Europy. I dopiero taka liczba uchodźców, z jaką mamy obecnie do czynienia w berlińskiej dzielnicy Kreuzberg, zamyka koło kolonializmu w sposób, który trafnie ujął niegdyś słynny kulturoznawca Stuart Hall: „we are here, because you were there” [„Jesteśmy tutaj, bo wy byliście tam”].

***

 

„The fate of Europe is in Germany, but Germany is Bismarck: The man of Iron, one of the strangest personalities the world has ever seen: brilliant, stubborn – reckless, careful, a patriot, a despot: the man of One idea”. [„Los Europy to Niemcy, ale Niemcy to Bismarck: Żelazny Człowiek, jedna z najbardziej zadziwiających osobowości, jakie widział świat: genialny, uparty – bezwzględny, uważny, patriota, despota, człowiek Jednej idei”]. Tak zaczyna się mowa końcowa dwudziestoletniego studenta. Temat: „Bismarck”. Ten student, który urodził się tuż po wojnie secesyjnej, zwanej także północnoamerykańską wojną domową, i należał do pierwszego pokolenia studiujących Afroamerykanów, to William Edward Burghardt Du Bois. Był jednym z czołowych przedstawicieli amerykańskiego ruchu obrony praw obywatelskich, uznawany za „Ojca Panafrykanizmu”, twórca „Czarnej Socjologii”, filozof, historyk, publicysta i pacyfista. Kontynuował studia na Harvardzie i przez dwa lata w Berlinie na Kaiser Wilhelmsuniversität (obecnie: Humboldt-Uni), które nazywał „latarniami wiedzy”. Kilka lat po pobycie w Niemczech wydał książkę: „The Souls of Black Folk – Die Seelen der Schwarzen” (Dusze Czarnych). Do dziś książka ta uchodzi za jedną z najważniejszych książek o doświadczeniach Afroamerykanów i jedną z najważniejszych książek napisanych w XX wieku.

Max Weber, z którym Du Bois wówczas korespondował, już wtedy, tuż po ukazaniu się pierwszego wydania tej książki w roku 1903, czynił starania, by dokonano jej przekładu. Ostatecznie doszło do tego dopiero sto lat później. Jest to tym bardziej zadziwiające, gdy weźmie się pod uwagę, że w książce łatwo dostrzec wpływy historii niemieckiej kultury i prądów intelektualnych. Już sam tytuł stanowi nawiązanie do „Zwei Seelen, ach…” Goethego. Niemniej jednak to, co u Goethego było wyrazem mieszczańskiego Weltschmerzu i co wkrótce potem zostało przez Hegla opisane jako „nieszczęśliwa świadomość”, zostało przez Du Bois uchwycone w niezwykle precyzyjny sposób jako „double consciousness” (podwójna świadomość), która powstaje wskutek tego, że osoba pochodzenia afrykańskiego nieustannie widzi siebie także przez pryzmat tego, jak jest postrzegana oczami białych: jak gdyby miała „drugą twarz”.

Du Bois był także jednym z założycieli NAACP (National Association for the Advancement of Coloured People) oraz filarem ruchu panafrykańskiego. Sekretarz tego ruchu na kongresie panafrykańskim, Kwame Nkrumah, został w roku 1959 mianowany pierwszym premierem Ghany, pierwszego niezależnego afrykańskiego państwa. Kwame Nkrumah zaprosił Du Bois do Ghany, a ten chętnie przyjął zaproszenie, zwłaszcza że wówczas jako członek partii komunistycznej był narażony na prześladowania.

W wieku niemal stu lat Du Bois zrzekł się amerykańskiego obywatelstwa i wyemigrował do Afryki. Zmarł 27 sierpnia 1963 roku, w przeddzień historycznego Marszu na Waszyngton, podczas którego Martin Luther King Junior wygłosił słynne przemówienie „I have a dream”. Podczas tego Marszu pamiętano o Du Bois, który jak nikt inny uznawany był za ojca zarówno ruchu obrony praw obywatelskich w Stanach Zjednoczonych, jak i dekolonizacji Afryki oraz międzynarodowych ruchów pacyfistycznych. Jak na człowieka uznawanego za „Ojca” tak wielu ważnych ruchów XX wieku, imponująca jest jasność spojrzenia, z jaką dwudziestoletni wówczas Du Bois postrzegał Bismarcka jako „Budowniczego Rzeszy”. Jego przemówienie kończy się następującymi słowami ostrzeżenia: „But it carries with him a warning, lest we sacrifice a lasting good to a temporary advantage; lest we raise a nation and forget the people, become a Bismarck and not a Moses. To the one object of his life Bismarck even sacrificed truth and liberty. No lie ever stood between him and success; no popular right ever hindered that ruthless hand of iron. No one knows better that Bismarck is Bismarck than Bismarck. He has gained a fearful power and he wields it, but in return for it he has made Germany into a nation that knows not the first principle of self-government, that must have a Bismarck and after Bismarck the Sintflut!” („Lecz to jest także ostrzeżenie, byśmy nie poświęcili trwałego dobra na rzecz tymczasowej przyjemności; byśmy nie windowali narodu zapominając o ludziach, stali się Bismarckiem, a nie Mojżeszem. Bismarck poświęcił wszystko dla jednego celu swojego życia – wszystko, łącznie z prawdą i wolnością. Nie pozwolił by jakiekolwiek kłamstwo stanęło pomiędzy nim a sukcesem; żadne ogólne prawo nigdy nie naruszyło bezwzględnej żelaznej ręki. Nie ma nikogo, kto wiedziałby lepiej od Bismarcka, że Bismarck to Bismarck. Zyskał potężną władzę i dzierży ją sam, ale w zamian za to zmienił Niemcy w naród, który nie zna pierwszej zasady samorządności i który musi mieć jakiegoś Bismarcka, a po Bismarcku choćby u potop!”).

 

***

„Bismarck jest potężnym widmem, którego pojawienie się i zniknięcie oznacza dla Niemiec kluczowy proces i którego dożywotnie panowanie nie powinno nigdy znikać sprzed oczu ludzi mądrych, gdy spoczywa, wówczas wskazówka na tarczy jego losu zatrzymuje się, a gdy wyłania się z ciemnej głębi lasu, to zapowiada nową wolę i nowe stawanie się”, pisał Max von Harden, jeden z wielu piewców Bismarcka. Bismarck stał się widmem już za życia (1815–1898). Z uwagi na częste wystąpienia w białym mundurze, nazywano go „Białym Panem”, w nawiązaniu do „Białej Damy” nawiedzającej zamki Hohenzollernów. Kult „Żelaznego Kanclerza” rozpoczął się wkrótce potem, jak nowy Cesarz przeniósł go w stan spoczynku.

Kult Bismarcka, który nastąpił w ostatnim dziesięcioleciu XIX wieku, przywołuje na myśl idoli rodem z dwudziestego wieku, czy kult gwiazd muzyki pop: zwolennicy oblegali miejsca jego pobytu, zbierali w chusteczki ziemię, po której chodził itd. Współcześni historycy nazywają go także „białym rewolucjonistą”, ponieważ to on podał rozwiązanie, które brzmiało: „[…] lepiej wywołać rewolucję, niż ją przejść samemu”. To była „odgórna rewolucja”, w czasie której „krwią i żelazem” narzucił narodową jedność w trzech wojnach. W swojej autobiografii „Erinnerungen und Gedanken” przedrukował list do Cesarza, w którym opisywał swój sen, który był już przedmiotem interpretacji psychoanalitycznej: „Wiadomość od Waszej Wysokości zachęca mnie do opowiedzenia snu, który miałem wiosną 1863 roku, w dniach najbardziej zaciętego konfliktu, z którego zdawało się nie być żadnego wyjścia. Śniło mi się – i natychmiast rano opowiedziałem to mojej żonie i innym świadkom – że jechałem konno alpejską ścieżką, na prawo przepaść, na lewo skały, ścieżka zwężała się, tak że koń się wzbraniał, ale nie mogłem wrócić, ani zsiąść, bo nie było miejsca i wtedy uderzyłem szpicrutą, którą trzymałem w lewej dłoni w gładką skalną ścianę i zawołałem do Boga. W tym momencie szpicruta wydłużyła się w nieskończoność, a skalna ściana opadła jak zasłona i ukazała szeroką drogę z widokiem na wzgórza i lasy jak w Czechach, wojska pruskie ze sztandarami i jeszcze we śnie pomyślałem o tym, jak w najszybszy sposób mógłbym o tym donieść Waszej Wysokości. Ten sen się spełnił, a ja obudziłem się szczęśliwy i umocniony…”