Konteksty
Michał WybieralskiCały Poznań chórem!
Ludzie wiedzieli i milczeli – to istota tej sprawy.
Przez kilkadziesiąt lat dyrygent poznańskiego chóru „Polskie Słowiki” Wojciech Krolopp molestował i gwałcił młodych chórzystów. O jego pedofilskich skłonnościach i praktykach mówiło się od lat 60., ale proceder mógł trwać aż do 2003 roku, kiedy Krolopp został aresztowany. Po jego zatrzymaniu okazało się, że był nosicielem wirusa HIV, mógł zarażać swoje ofiary. Czterdzieści lat molestowania dzieci było możliwe tylko dlatego, że o sprawie milczano, a Krolopp miał przyjaciół w elitach miasta. Ówczesny Poznań szczycił się w świecie swoimi chórami – „Poznańskimi Słowikami” i konkurencyjnymi „Polskimi Słowikami”, gdzie zło czynił Krolopp.
Inspiracją dla tego spektaklu stała się książką „Maestro” autorstwa dziennikarza „Gazety Wyborczej” Marcina Kąckiego. Wydany w 2013 roku reportaż wyświetla aferę na kilku polach. Przedstawia Kroloppa jako mistrza manipulacji rodzicami i chórzystami, którzy dają się wpędzić w rywalizację o względy dyrygenta. Kącki pokazuje też, że przynajmniej część rodziców mogła się domyślać, co dzieje się w zespole, ale w czasach PRL-u koncertujący w Europie Zachodniej chór był dla rodzin źródłem dodatkowego dochodu i furtką do trudno dostępnego świata. Posyłając synów do chóru, rodzice zaspokajali swoje ambicje. „Maestro” jest więc też reportażem o prostytuowaniu własnych dzieci. Książka pokazuje przerażające łańcuchy krzywdy – ojców molestowanych w dzieciństwie przez Kroloppa, którzy później wysyłają do chóru własnych synów i ci stają się ofiarami pedofila.
Co najważniejsze, historia „Polskich Słowików” pokazuje, jak zło może rodzić się, rozwijać i trwać dekadami w otoczeniu milczenia.
Jeden z bardziej szokujących fragmentów reportażu Kąckiego dotyczy sesji Rady Poznania z 1994 roku. Trwa dyskusja o miejskim odznaczeniu dla założyciela „Polskich Słowików” Jerzego Kurczewskiego, którego długoletnim zastępcą, a później następcą był Krolopp. Jeden z radnych mówi o „niepożądanych skłonnościach” kierownictwa chóru, inna radna dodaje: „Zgłosiła się do mnie matka chłopca będącego w chórze profesora Kurczewskiego z prośbą o interwencję w sprawie zmuszania go do praktyk seksualnych”. Radni decydują się utajnić sesję, odznaczenia nie przyznają i rozchodzą się do domów. Milczą. O utajnionej sesji nie piszą też media.
Proces Kroloppa, który toczył się od stycznia do lipca 2004 roku, dotyczył molestowania małoletnich w latach 1994–1998, czyli już po wspomnianej sesji miejskiej rady. Kroloppa skazano na osiem lat więzienia za wykorzystywanie trzech chłopców. Chodziło o wielokrotny seks oralny i analny oraz molestowanie każdej z ofiar co najmniej kilka razy. Ci trzej chłopcy to nie wszystkie ofiary Kroloppa. Były ich dziesiątki.
Sprawa Kroloppa to nie jedyna poznańska afera o podłożu seksualnym, o której wiedziały elity miasta. Przez ponad dwa lata środowiska katolickie – zarówno księża wysoko postawieni w strukturach seminarium duchownego i Wydziału Teologicznego UAM, jak i świeccy katolicy, w tym politycy – próbowali zakulisowo ukrócić praktyki arcybiskupa poznańskiego Juliusza Paetza, który molestował kleryków. Opinia publiczna dowiedziała się o tym za sprawą mediów w lutym 2002 roku, miesiąc później Paetz, choć zaprzeczył oskarżeniom o molestowanie, złożył rezygnację z funkcji arcybiskupa, która została przyjęta przez papieża. Watykan zakazał Paetzowi udzielania sakramentów święceń i bierzmowania, głoszenia kazań oraz przewodniczenia publicznym uroczystościom, ale nie usunął go ze stanu kapłańskiego. Paetz nie poniósł żadnej odpowiedzialności karnej – molestowanie nie jest ścigane z urzędu, żadna z ofiar nie złożyła przeciw niemu doniesienia. Paetz, jako arcybiskup emeryt, nadal mieszka w okazałej willi na poznańskim Ostrowie Tumskim, nieopodal katedry i siedziby urzędującego biskupa. Do dziś uczestniczy w wydarzeniach publicznych i kościelnych – w przechodzącej przez centrum Poznania procesji Bożego Ciała, koncelebrował też mszę z okazji rocznicy poznańskiego Czerwca ’56, pojawił się na pogrzebie Lecha i Marii Kaczyńskich na Wawelu. Po ujawnieniu molestowania kleryków list w obronie Paetza podpisali między innymi ówcześni rektorzy i prorektorzy wszystkich uczelni publicznych w mieście, dyrektor chóru „Poznańskie Słowiki” prof. Stefan Stuligrosz oraz najbogatsi poznaniacy, biznesmeni Jan Kulczyk i Piotr Voelkel. Konsekwencje ponieśli księża, którzy interweniowali w Episkopacie i w Watykanie w sprawie Paetza – spotkały ich szykany. W efekcie między innymi tej sprawy jeden z księży – wybitny teolog, prof. Tomasz Węcławski – odszedł z Kościoła i zmienił nazwisko, a jego podręczniki były po cichu wycofywane z wydziałów teologicznych na publicznych uczelniach oraz z seminariów. W 2009 roku Węcławski nie został zaproszony na jubileusz Wydziału Teologicznego UAM, którego był pierwszym dziekanem. Honorowym gościem uroczystości był Paetz.
Rok po aferze Paetza aresztowany został Krolopp.
Obie sprawy zyskały w Poznaniu status „nieprzyjemnych”, dynamika życia publicznego miasta wskazuje, że najlepiej o nich nie mówić, pozwolić zapomnieć – po co psuć i tak już złą atmosferę? Zarówno medialne doniesienia, jak i książka Marcina Kąckiego nie wywołały w mieście żadnego oczyszczenia, żadnej formy publicznej terapii czy symbolicznego choćby, poprzez ostracyzm, ukarania tych, którzy wiedzieli i milczeli. Znamienny jest przebieg odtajnienia protokołu z posiedzenia Rady Miasta, podczas którego dyskutowano o pedofilskich skłonnościach Kroloppa. Wniosek o odtajnienie złożyła grupa młodych radnych z różnych partii, którzy o sprawie dowiedzieli się dopiero z mediów. Podczas sesji rady, na której przegłosowano symboliczne odtajnienie (protokół i tak już został wcześniej ujawniony przez Kąckiego i „Gazetę Wyborczą”) długoletni radny Andrzej Bielerzewski – który brał udział w tajnej sesji – powiedział: „Rozmawiano o ludziach, którzy mieli jakieś zasługi i jak każdy popełniali błędy. Nieraz w ferworze dyskusji pewne sprawy się przejaskrawia. Jeśli odtajnimy ten protokół, to te wymieniane w nim osoby nie będą się bronić, bo nie żyją”. „Za” odtajnieniem zagłosowało dwudziestu sześciu radnych, przeciw dwóch – Bielerzewski i Jan Chudobiecki, który gdy ponad dwadzieścia lat wcześniej usłyszał na sesji zarzuty o „zmuszaniu do praktyk seksualnych”, powiedział że „wobec zaistniałych kontrowersji […], nie będzie wnioskował o to, aby odznaczenie przyznać chórowi”. Pytani przez dziennikarzy, czemu nic nie zrobili w tej sprawie, Bielerzewski i Chudobiecki odpowiadali, że „Rada Miasta to nie prokuratura” oraz że byli „jedynie radnymi opozycji”.
Protokół wymienia czterdzieści nazwisk radnych, którzy uczestniczyli w głosowaniu nad utajnieniem. Wszyscy otrzymali wystarczająco mocny sygnał, by zająć się sprawą, zawiadomić organy ścigania, co mogłoby przerwać trwający jeszcze niespełna dekadę proceder molestowania. Nikt tego nie zrobił. Część osób z tej czterdziestki nie żyje, większość wciąż zajmuje prominentne miejsce w życiu publicznym miasta – to wysoko postawieni urzędnicy, pracownicy naukowi uczelni wyższych, architekci, politycy.
Milczeli też dobrzy ludzie, zwykli poznaniacy. Podczas jednego z niedzielnych obiadów, po wybuchu afery Kroloppa, moi rodzice powiedzieli, że znajomi przestrzegali ich przed posłaniem syna do chóru „Polskie Słowiki”, bo krzywdzeni są tam chłopcy. Ile takich przestróg krążyło po poznańskich domach? Czy obciążają one sumienia zwykłych poznaniaków?
W 2004 roku, podczas piłkarskiego meczu Lecha Poznań z Legią Warszawa, kibice gości wywiesili na trybunie wielką płachtę, która miała rozwścieczyć miejscowych. Znajdował się na niej wizerunek dyrygenta i napis: „Cały Poznań chórem!”.