ROZMOWA Z RITĄ GOMBROWICZ, WDOWĄ PO PISARZU

* Jednym z największych wydarzeń zakończonego w niedzielę IX Międzynarodowego Festiwalu ”Konfrontacje Teatralne” w Roku Gombrowicza w całości poświęconego twórczości Pani męża był ”Trans-Atlantyk” lubelskich teatrów Provisorium i Kompania Teatr, adaptacja powieści bardzo ważnej dla jej autora. Dobrze odebrała Pani ten spektakl?

Rita Gombrowicz: Mnie osobiście bardzo się spodobał, bo jego twórcy Witold Mazurkiewicz i Janusz Opryński mieli faktyczną wizję na to przedstawienie przystępując do reżyserii.

* A jak Pani sądzi, tak jak znała Pani Gombrowicza, jak on by ten spektakl odebrał oraz jak odebrałby cały festiwal?

Myślę, że pierwszym powodem do zdziwienia byłoby dla niego to, że wszystkie jego powieści są zaadoptowane dla teatru. Ale ponieważ mówił, że całe jego dzieło jest teatralne, w związku z tym nie ma tu nic dziwnego. Myślę, że te uznanie, jakim się teraz w Polsce cieszy by go nie zaskoczyło. Miał świadomość, że to była tylko kwestia czasu.

* Ale czy nie uważa Pani, że mógłby się trochę czuć tak, jakby mu przydano gębę?

Właśnie nie! Jestem zaskoczona, zdumiona nawet tym, że udaje się wszystko to przeprowadzić w taki sposób, że nie doprawia się mu gęby. A każdy twórca, każdy reżyser ma prawo do własnej, wolnej interpretacji. Ale na przykład pomysły, które z okazji stulecia się tu pojawiły, z pomnikiem i innymi formami uczczenia jubileuszu, nooo, są wspaniałe!

*Więc pomnik Witoldka na kucyku Pani polubiła?

Uwielbiam go!

* Zapewne dlatego, że rymuje się z poczuciem humoru twórcy ”Ferdydurke”? Czy Gombrowicz potrafił robić Pani w domu jakieś dowcipy, śmieszne niespodzianki?

– Czasami. Przykładem może być to, jak mnie nauczył polskiego. Zrobił to w tak przewrotny sposób, że ten polski się do niczego nie nadawał.

* A jak wyglądało życie w waszym domu w Vence?

Zachowywaliśmy się tak, jak stare małżeństwo. Mieliśmy psa, mieliśmy kota, mieliśmy mały samochód, mielismy radio, mieliśmy telewizor. Witold był bardzo szczęśliwy, że ma dom, że ma trochę pieniędzy i właściwie zachowywał się tak, jaki był panem całego Lazurowego Wybrzeża. Życie z Gombrowiczem było bardzo wzruszające, jako że on nieustająco je poetyzował. I jeśli ktoś go znał, to doskonale wie, że to był wielki prezent żyć z Gombrowiczem, dlatego właśnie, że umiał przekształcać codzienność. Dlatego też można powiedzieć, że był wielkim poetą życia.

* Mieliście auto, lubił nim jeździć?

Przez jakiś czas podróżowaliśmy wokół Vance samochodem, tak jak pan Pickwik podróżował wokół Londynu. Ale w tych podróżach też zawierała się poezja. Była taka stara droga, która się nie zmieniła od dawnych czasów. Witold nazywał ją Drogą Beethovena, dlatego że lampy, które przy niej stały i ją opromieniały tworzyły koloryt, który kojarzył mu się właśnie z muzyką Beethovena. Można by przykłady takiego poetyzowania życia mnożyć.

* Proszę bardzo.

Patrząc przez okna, przez lorntetkę, Witold zobaczył kiedyś ścianę w oddali, która wyglądała tak, jakby miała oczy, jakby miała powieki. Witold nazwał to ” Domem diabła” i przez pięć lat próbowaliśmy ten dom odnaleźć. Kazał mi kupić mapę sztabową, na której było wszystko dokładniej przedstawione i szukaliśmy go, oczywiscie snując wokół niego różne fantazje. Inny przykład. Gombrowicz lubił kupować różne przedmioty, które na ogół nie były zbyt piękne, choćby stary zegar przedtawiający kobietę na tle palm. I codziennie, przechodząc obok tego zegara przypisywał mu nowe historie. To mogła być na przykład ”Maria Byczowska przy wodospadzie”.

* Vence to miasto pełne sztuki i artystów, a przecież Gombrowicz dosyć ostro atakował malarstwo…

Rzeczywiście było nazywane miastem sztuki i nasi najlepsi przyjaciele byli malarzami. Pytano Gombrowicza: – Jak to jest że Pan, który nie znosi malarstwa, może żyć wśród malarzy? Odpowiadał: – Lubię żyć wśród wrogów. To był żart w towarzystie. W gruncie rzeczy żyliśmy jak dwójka mnichów. Prowadziliśmy życie bardzo regularne, bardzo spokojne, poświęcone pracy. Ja siedziałam przy doktoracie, a Witold nad kolejnym dziełem.

Gombrowicz uważał, że wyznacza pewne standardy tego, jak należy żyć i zachowywać się w dobrym stylu. Czy Pani może wytłumaczyć, co dla niego znaczyło ”być w dobrym stylu”?

Całe życie rzeczywiście zależało mu na tym, żeby żyć w zgodzie z pewnym stylem. Natomiast na ile ja mogłam zrozumieć, oznaczało to przede wszystkim: mieć dobre maniery. Dla Gombrowicza była to zgodność pomiędzy codziennym zachowaniem, a tym co jest we wnętrzu człowieka. Nie znosił pretensjonalności i ludzi, którzy nie pogodzili wewnętrznej prawdy z zewnętrznymi gestami. Witold Gombrowicz był wielkim psychologiem i umiał bez trudu wykryć tego rodzaju dysonanse. W naszym otoczeniu najświetniejsze maniery miał ”Kot” Jeleński a także Dominique de Roux, którego „Rozmowy z Gombrowiczem” posłużyły za kanwę wystawy Muzeum Literatury prezentowanej na waszym Placu Litewskim.

* A jaka była rola Pani w tym przybywaniu gombrowiczowskiej poezji życia?

Gdyby Gombrowicz był w wieku, w jakim był wówczas. a ja byłabym w wieku w jakim jestem dzisiaj, to wcale nie mam pewności czy kontynuowłby nasz związek, dlatego, że on potrzebował młodości, potrzebował obok siebie kogoś, kto byłby młody i byłby naiwny również. Chodzi o jego sposób zachowania, pewną dziecinność. Oboje byliśmy dziecinni i bawiliśmy się byle czym. Na przykład gdy pisałam swój doktorat na maszynie, twierdził, że nadal pisze szybciej ode mnie i organizowaliśmy konkursy kto szybciej pisze na maszynie.

* Sądzi Pani, że Gombrowicz dobrze czułby się się w Lublinie?

Sądzę, że tak, szczególnie na tym młodym, świetnym festiwalu.

Tłumaczenie Dorota Felman i Krzysztof Sobczyński

 

Rita Gombrowicz

Kanadyjka. Z domu Labrosse. Przyjechała do Paryża studiować współczesną literaturę francuską. Poznała Witolda Gombrowicza w maju 1964 roku w Royaumont we Francji. On po ponad 20 latach spędzonych w Argentynie w wieku 60 lat wrócił do Europy. Ona, 25-latka, robiła doktorat z literatury francuskiej. „Powiedział, żebym zrezygnowała z ówczesnego tematu i napisała pracę doktorską o nim. Przekonywał mnie, że zrobię to w dwa tygodnie” – wspominała. W październiku tego roku zamieszkali razem w Vence na południu Francji. W grudniu 1968 wzięli ślub. Wielokrotnie podkreślała, że zawsze był dla niej „uosobieniem wygnańca”. „O swoim oddaleniu od Polski mówił bardzo delikatnie, ale tak naprawdę przeżywał to w sposób dramatyczny” – przyznawała. O niej samej ktoś dobrze znający Gombrowicza rzekł: ”Jako żona była rozjaśnieniem smutnego, emigranckiego losu jednego z najciekawszych Polaków i nagrodą za lata upokorzeń, jakich nie szczędziło mu życie”. Od śmierci pisarza jest konsekwentną i kompetentną strażniczką jego spuścizny. Wydała też dwie książki o nim: „Gombrowicz w Argentynie” i „Gombrowicz w Europie”. Nie lubi traktować go pomnikowo. ”Od lat marzę o tym, żeby ukazał się znaczek pocztowy z jego podobizną. Już sobie wyobrażam te listy z Gombrowiczem, naklejonym na kopercie. Dopiero będą miały gębę” – mówiła w wywiadzie dla „Przeglądu”. Mówi też: „Czasami zarzucano mi, że chciałam z niego zrobić pisarza francuskiego. Nic bardziej mylnego. On jest wasz. Zostawiam go wam. Moja obecna rola polega na tym, by Gombrowicz był czytany i tłumaczony wszędzie na świecie”. Trzy lata temu na Rynku Starego Miasta spacerując z lubelskimi twórcami podjęła rzuconą przez nich ideę organizacji w Lublinie festiwalu gombrowiczowskiego. Idea została wcielona w życie. Rita Gombrowicz pryjedzie osobiście na rozpoczynajace się jutro Konfrontacje Teatralne. TAM