„Kosmos Gardzienic” okazał się wielopiętrową dramatyczną konstrukcją. Można się zawahać, czy nazwać to zdarzenie spektaklem. Zawierało w sobie przecież tak wiele różnorodnych form. Owszem były fragmenty przedstawień, ale były też rozmowy, zabawa, a nawet wykład. Upierałbym się jednak, że „Kosmos” to jednak konsekwentnie pomyślany spektakl. Nie zbiór czy wybór fragmentów, ale skupione i zakomponowane dzieło. Z precyzyjnie przygotowanymi kulminacjami, z czasem na oddech i wreszcie: z otwartym finałem. O czym było to przedstawienie? Na pewno Gardzienice opowiedziały o sobie. Chronologicznie – w teatralnym i historycznym porządku (…)

Jednak najważniejsze treści nie były związane z teatralizacją i autotematyzmem. „Gardzienice” spróbowały na różne sposoby zakomunikować widowni kilka podstawowych założeń leżących u podstaw pracy zespołu i – zdaniem Włodzimierza Staniewskiego – sztuki w ogóle.

Pierwsze z nich to potrzeba porywu duchowego, wysiłku przekraczającego sztukę. Właściwie prawie wszystkie elementy spektaklu dają się odnieść do tradycji religijnej. Są czasem na granicy bluźnierstwa, czasem u progu modlitwy, czasem bywają pogańskim gusłem. (…)

Druga rzecz – przeszłość, tradycja. Świat kultury ludowej, który ginie na naszych oczach i którym tak naprawdę gardzimy, wiele może wciąż jeszcze zaoferować. Jest to już kraina, do której nie ma powrotu, a która wciąż pozostaje skarbnicą pełną zadziwiających treści: kraina, w której przechowało się poczucie harmonii.”- Tadeusz Kornaś po premierze.