„Nie potrafimy leżeć przy sobie na tyle blisko siebie, by się do siebie naprawdę zbliżyć. Między nami bowiem gnieżdżą się wyobrażenia, kłębią się obrazy, oczekiwania piętrzą się na taką wysokość, że stojąc obok siebie lub leżąc razem już się nie widzimy”.

„Najświeższe wydanie człowieka to autonomiczne monstrum, autowykonawca w jednoosobowej sztuce przepełnionej tęsknotą za drugą osobą, pełnej strachu przed drugą osobą i pełnej gotowości obronnej wobec wszystkiego, co nie odpowiada wyobrażeniom tego monstrum” – twierdził w przemówieniu z 11 września 1994 autor sztuki, która stała się podstawą monodramu Jana Peszka. Po premierze dostrzeżono w niej natychmiast przerażające studium samotności i wewnętrznej pustki. Bohater stworzony przez Peszka poraża dramatyzmem, ale jednocześnie urzeka przewrotnością swojej „zabawy w śmierć”. Tragiczny i groteskowy, wielki i mały, dumny i pokorny – a to człowiek właśnie.

„Dramat Nareszcie koniec z pozoru wydaje się banalny. Można jednak przyjąć, że stanowi on figurę ludzkiej egzystencji pojmowanej jako „bycie ku śmierci”. Bowiem tak jak od momentu naszego poczęcia, z każdym dniem jesteśmy coraz bliżej kresu absolutnego, tak kolejna  wymieniona liczba przybliża chwilę, w której monologista strzeli sobie w łeb” – zauważa Malwina Głowacka na łamach „Teatru”

„Peszek znany jest z niezwykłej precyzji technicznej swego aktorstwa, bezbłędnego rozkładania akcentów roli, maestrii  ruchu scenicznego, głosu bezbłędnie przekazującego każdą intencje granej przez niego postaci. A  zarazem jest to aktorstwo bardzo zdystansowane. Zbigniewowi Brzozie, który wyreżyserował monodram Turriniego, udało się wydobyć z wirtuozowskiego aktorstwa Peszka tonację głęboko ludzką.” T. Mościcki „Życie”