Czarnoskóry mężczyzna stoi na ulicy dużego miasta.

Berlin Alexanderplatz to jeden z najgłośniejszych filmów roku, realistyczna adaptacja klasycznej powieści Alfreda Döblina z 1929 roku. Akcja rozgrywa się we współczesnym Berlinie i śledzi losy nielegalnego imigranta o imieniu Francis (w tej roli Welket Bungué) w jego dążeniu do stania się „dobrym”. Afgańsko-niemiecki reżyser filmu Burhan Qurbani przekształcił klasyczną opowieść w najnowocześniejszy, przyszłościowy klasyk, poruszając tematy takie jak męskość i imigracja w opowieści, której znaczenie jest aktualnie bardziej wyraźne, niż kiedykolwiek wcześniej.

Rozmowa autorstwa Yony Leyser ukazała się na portalu Exberliner. Link do oryginału.

Premiera filmu odbyła się na Berlinale w lutym 2020 i spotkała się z dużym zainteresowaniem, ale koronawirus opóźnił jego dystrybucję i premierę kinową. Z utalentowanym filmowcem rozmawiał Yony Leyser.

Jak zmierzyć się z Fassbinderem, jednym z najbardziej legendarnych niemieckich reżyserów, i zamienić jedną z najbardziej legendarnych niemieckich książek w trzygodzinny film? To musi wymagać dużo odwagi.

Myślę, że to była bardziej ignorancja niż odwaga. Znałem Fassbindera – to ikona niemieckiego filmu – ale nigdy nie byłem jego wielkim fanem. Uwielbiam niektóre z jego filmów, ale często pracował bardzo niechlujnie; nigdy nie byłem fanem serialu Berlin Alexanderplatz. Nie miała dla mnie tej aury wielkości. Bardziej bałem się powieści i tego, jak znaleźć odpowiednie naczynie filmowe, aby przenieść tę historię.

Jak wyglądał proces adaptacji?

Rozebraliśmy powieść na części pierwsze i zdaliśmy sobie sprawę, że poprzez eksperymentowanie, technikę strumienia świadomości, technikę kolaży i montaż różnych doświadczeń zmysłowych, kopiowała to, co było wówczas bardzo nowym medium artystycznym: film. A stosowane przez autora techniki są dziś częścią współczesnego filmu. Tak więc robiąc film z książki, wnieśli do niego sporo jego rzemiosła. Ale chodziło też o zredukowanie i próbę odnalezienia sedna powieści, która dla nas dotyczyła kogoś, kto jest straumatyzowany po ucieczce. Traci swoją godność, walczy o jej odzyskanie i znalezienie się w centrum społeczeństwa.

Film jest bardzo berliński. To Berlin lat 20. i dzisiejszy Berlin, przykład związku między tymi dwoma okresami. Jak powiązałeś lata 20. ze współczesną narracją?

To było jedno z największych wyzwań w odniesieniu do obaw i odpowiedzialności wobec powieści. Wiedzieliśmy, że nie chcemy zrobić z niego filmu z epoki. Jeżeli akcję przeniesiemy do współczesności, musimy znaleźć pewne paralele. Musimy zbudować świat pomiędzy powieścią a naszymi czasami. Przyjechałem do Berlina w 2006 roku i to było przytłaczające. Pochodzę z dość rygorystycznego miasta, Stuttgartu, ukończyłem bardzo surowe studia. Przyjechałem do miasta, w którym co wieczór odbywały się imprezy i było dużo narkotyków. Po prostu przez chwilę płynęłam z prądem i było pięknie, a potem pewnego dnia zdałam sobie sprawę, że zatracam się.

To poczucie zagubienia w Berlinie staramy się oddać w filmie. Istnieje tak wiele warstw. Możesz mieszkać w społeczności migrantów i nigdy jej nie opuszczać i nigdy nie mówić ani słowa po niemiecku. Możesz być częścią społeczności emigrantów, a także mieszkać tutaj, nie mówiąc ani słowa po niemiecku. Możesz pracować w barze i nigdy nie mówić ani słowa po niemiecku. Z drugiej strony masz obrzeża miasta, które wciąż są bardzo niemieckie. Emigranci i migranci nie są tam mile widziani. Masz więc te dwie skrajności, a pośrodku wszystko jest możliwe. Pamiętam, że kiedy tu przyjechałem, było jeszcze dużo pustych miejsc, które wysysały całą energię. Jeśli nie masz celu w Berlinie, zgubisz się.

W jaki sposób przeprowadziłeś casting? To była wspaniała obsada.

Moja obsada zawsze okazuje się o wiele piękniejsza, niż to, jak ją sobie wyobrażam, kiedy zaczynam. Znalezienie Albrechta [Schucha] i Jelli [Haase] nie było takie trudne, ponieważ byli w mojej głowie, kiedy zaczęliśmy casting. Okazało się, że idealnie nadawały się do ról. W przypadku Welketa [Bungué] pierwszym pomysłem była praca z nieprofesjonalistą, może z kimś, kto sam jest uchodźcą. Ale zdaliśmy sobie sprawę, że to zbytnie obciążenie pod kątem emocjonalnym, aby poprosić osobę o przejście przez tego rodzaju podróż. Nie jestem psychologiem, więc nie mogę ich uratować, gdyby coś się w nich działo.

Szukaliśmy aktorów w Niemczech, ale nie znaleźliśmy nikogo, kto miałby iskrę. Pojechaliśmy do Francji, Beneluksu, Anglii, a nawet sprawdzaliśmy aktor z RPA. Ale żaden z nich nie mógł się równać z Welketem, bo on ma w sobie też człowieczeństwo i mądrość. Wyreżyserował siebie i wniósł naprawdę wiele do tej historii. Rzadko spotykasz kogoś, kto może wznieść Twoją pracę na wyższy poziom.

Podobało mi się psychoseksualne napięcie między dwoma męskimi bohaterami filmu. Czy to było zamierzone?

To jest nawet powiedziane w powieści. Reinhold jest hiperseksualny. Przez większość czasu powieści ma związki heteroseksualne. Ale w końcu zakochuje się w więzieniu. Myślę, że w powieści jest pewna dwuznaczność, ale dla nas ważne było opowiedzenie tej dwuznaczności bez dotykania jej bezpośrednio. Dla mnie, a może to kwestia Berlina, dwuznaczność seksualna jest częścią codziennego życia. Bycie queer lub bicurious to już nic specjalnego. Dlaczego powinniśmy traktować to jako coś wyjątkowego? Zachowajmy to tak zwyczajne, jakim jest.

Twój główny bohater nie przestrzegał zasad tego, jacy „powinni być” uchodźcy w oczach Niemców. W jaki sposób uzyskałeś tę interpretację, jak zdecydowałeś się rozwinąć tę postać?

Ze względu na moje własne doświadczenia i stan ducha w Niemczech, mam tendencję do pisania opowiadań o nieznajomych, którzy znajdują się w dziwnych miejscach. Tak więc mój pierwszy film, Shahada, był o społeczności muzułmańskiej walczącej w Berlinie. Drugi film, nawet jeśli miał wietnamską fabułę, opowiadał o kilku chłopcach z NRD, którzy się obudzili, a Niemcy nie były już krajem. Byli obcymi w obcej krainie. A teraz logicznym krokiem było opowiedzenie historii kogoś, kto utknął i próbuje znaleźć drogę z obrzeży społeczeństwa do centrum społeczeństwa. Ale czy mu się to udało? Cóż, jeśli chcemy zdradzać – a myślę, że możemy – to zakończenie mojego filmu jest najbardziej krytycznie dyskutowane. Dokonałem bardzo jasnego wyboru szczęśliwego zakończenia, prawie jak utopia przybycia. Myślę, że zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy AfD i inne populistyczne i prawicowe siły stają się coraz silniejsze, postanowiłem poświęcić bardziej eleganckie zakończenie na rzecz takiego, które ma większe znaczenie dla mnie i postaci.

Jakie informacje zwrotne otrzymali aktorzy? Czy myślisz, że w przyszłości będzie więcej kina postemigracyjnego?

W liczbach ponad 20 procent Niemców ma pochodzenie migracyjne. Jesteśmy już Einwanderergesellschaft, tyglem. Nie jest to jeszcze świadomie, ale jesteśmy tyglem. I myślę, że przemysł filmowy, jak każda inna branża narracyjna, dostosowuje się do tego. Ale struktury przemysłu to nadal w 90 procentach biali mężczyźni z Niemiec Zachodnich. Myślę, że to musi się zmienić i dopiero wtedy będzie miejsce na kino postemigracyjne.

Widziałam twoje zdjęcie razem z twoją mamą i babcią zaraz po premierze filmu. Jaka była ich reakcja?

Moja mama pierwszy raz widziała film na premierze. Uściskała mnie z uśmiechem i powiedziała w farsi: „Twój film jest brudny”. Ale moja mama jest jedną z najbardziej zręcznych emocjonalnie osób, jakie znam. Podróż do Afganistanu i życie w Niemczech zmusiły ją do dużej zwinności i zawsze jej się to udawało. Oglądała go po raz drugi i uważa, że jest znacznie mniej „brudny”. Ale muszę też szanować, że są ludzie, a moja mama ma ponad 60 lat, którzy może nie są w stanie do końca pojąć i docenić tego, co zrobiłem. Ale przestałem robić filmy dla mojej mamy, kiedy miałem dwadzieścia kilka lat, więc jest w porządku.

W bardzo niewielu filmach w Niemczech główny bohater to osoba innej rasy, niż biała, a w centrum swojej historii stawiasz afrykańskiego imigranta. Jaka to było odebrane?

Na początku pojawiali się ludzie, którzy pytali, czy można identyfikować się i poczuć empatię dla czarnego głównego bohatera? Oczywiście jest to możliwe. To jest nasze zadanie jako filmowców, a jeśli to nie działa, to nie ma nic wspólnego z kolorem skóry głównego bohatera – ma to związek z naszymi umiejętnościami jako filmowców i opowiadających historie.

Mogę oglądać film Pixara, w którym ożywają lalki i płaczę na nich. Dlaczego nie miałoby to być możliwe u człowieka, bez względu na to, ile melaniny jest w jego skórze? Chociaż miałem wątpliwości, ale zareagowaliśmy zupełnie inaczej. Ludzie byli bardzo poruszeni, a przynajmniej ci, z którymi mogliśmy porozmawiać, i którzy mogli identyfikować się z postacią i przejść z nim jego drogę. Myślę, że to część naszego rzemiosła. Musimy stworzyć „ostateczną empatię”, aby dotrzeć do naszych odbiorców. Główny bohater nie jest doskonały. Niektórzy wspominali, że nie jest to obraz, którego chcą lub oczekują od uchodźcy. Wydaje się, że w tym pomyśle jest jakaś biała supremacja.

Dorastałem na amerykańskim kinie i hollywoodzkich filmach, takich jak Ojciec chrzestny, Chłopcy z ferajny, a zwłaszcza Człowiek z blizną. Wszystkie opowiadają historie uchodźców osadzone w przestępczym, równoległym wszechświecie. Wciąż udaje im się zaprezentować odbicie, zwierciadło amerykańskiego społeczeństwa. Kocham Ojca Chrzestnego za jego początek, pierwsza linijka filmu to: „Wierzę w Amerykę”. I myślę, że wybrane przez nas miejsce jest bardzo powszechnym sposobem opowiadania historii o tym, gdzie nasze społeczeństwa upadają i wydaje mi się to całkowicie uzasadnione. Nasz główny bohater nie jest doskonały, ale sam podejmuje decyzje. Ma głęboki charakter i rozumiemy, dlaczego dąży do tego, co robi. Możesz więc krytykować otoczenie, ale wtedy nie zrozumiałeś filmu ani trójwymiarowej postaci, która jest w stanie cię dotknąć.

Pracujesz nad nowym projektem lub potrzebujesz czasu na dekompresję?

Podczas Berlinale miałem wywiad z amerykańską lub angielską gazetą i mnie o to zapytali. Pamiętam, że nie byłem w stanie odpowiedzieć poprawnie na to pytanie. Powiedziałem, że zrobię trylogię inspirowaną Trzema kolorami Kieślowskiego i zamierzam to zrobić tylko z Niemcami. Kieślowski wziął liberté, égalité, fraternité i trzy kolory ich flagi, a ja robię to samo z Niemcami, czyli jednością, sprawiedliwością i wolnością. I zrobię o tym trzy filmy.